Odwiedziło nas:
00760542

 kancelaria
 

Witamy na stronie
Parafii św. Bartłomieja Apostoła

w Szczurowej!

 

   
       

 


„Jestem Mu winna wspomnienie”   admin

11 czerwca 2011 r. minęła 20 rocznica śmierci Ks. Prałata Stanisława Nykla. "Był duszpasterzem Szczurowej przez ponad 30 lat, najpierw jako administrator - ponieważ władze komunistyczne nie akceptowały go jako proboszcza - a od 1968 jako proboszcz".

Zapraszamy do przeczytania
WSPOMNIENIA O KS. PRAŁACIE
napisanego prze Panią LUCYNĘ KOBEŁECKĄ

Mija 20 rocznica śmierci Ks. Prałata Stanisława Nykla. Jestem mu winna wspomnienie. To co jeszcze pamiętam, jego słowa, także z moich prywatnych rozmów z nim, uroczystości, którym nadał oprawę.

Był duszpasterzem Szczurowej przez ponad 30 lat, najpierw jako administrator - ponieważ władze komunistyczne nie akceptowały go jako proboszcza - a od 1968 proboszcz. Dla tych, którzy go znali - po postu: Ksiądz Prałat. Tak nazywali go między sobą i tak wspominają do dziś. Od jego śmierci minęło już 20 lat, ale żyją jego uczniowie, żyją ci, którym udzielał ślubu, których chrzcił, rozgrzeszał, którym podawał Eucharystię.
Mój pierwszy katecheta i proboszcz jednocześnie. Solidnie przygotowany (po seminarium tarnowskim studia licencjackie na ATK), erudyta - książki w jego mieszkaniu wyglądały z każdego kąta, nie mieściły się na półkach, sterty nowości wydawniczych czekały na podręcznym stoliku na swoją kolej do przeczytania. Miał określoną wizję duszpasterstwa i gotowość do jej realizacji. A jak na pogrzebie wspomniał ks. Józef Alberski, był wymagający, lecz tak od innych jak i od siebie.
Kiedyś ks. Prałat wspominał, że kiedy przyszedł do pracy w Szczurowej zastał prócz wprowadzania komunizmu kilka innych rzeczy, których nazw „woli nie przytoczyć”. Upór początkowo nie zjednywał mu przychylności ani władz komunistycznych, ani wiernych, nie szczędzono mu różnych epitetów, oględnie powiedział mi kiedyś o tym w ten sposób „co ja się nasłuchałem o sobie i o swojej matce!”. Jednak zdecydowanie i wytrwałość zaczęły w końcu przynosić efekty. Trafnie określił inny z księży wikarych, że „prędzej by człowiek ziemię z posad ruszył niżby ksiądz Prałat zmienił zdanie”. Właściwie „wytrwałość” w jego wypadku to za mało powiedziane, bo po prostu był bardzo uparty. Szanowano go, liczono się z jego zdaniem. Nie odmawiano mu, jakoś nie wypadało. Można się było zżymać, nie zgadzać, ale odmówić - w żaden sposób!
Parafia zawdzięcza mu podejmowanie wielu wyjątkowych inicjatyw i ubogacenie życia duchowego: wielka nowenna i peregrynacja kopii obrazu jasnogórskiego (do Szczurowej przywędrowały tylko puste ramy obrazu), wprowadzenie Nowenny do MB Nieustającej Pomocy (w drugiej połowie lat 70-tych), wprowadzenie „parafialnych dożynek”, chyba od 1976 roku, takich z wieńcami dożynkowymi a każda część parafii - tj. wieś, ulica - przygotowywały swoje wieńce, które po poświęceniu były niesione w procesji wokół kościoła (a trzeba było kilka tygodni przed 15 sierpnia pamiętać o zebraniu na nie kłosów, zanim kombajny wjadą na pola, bo potrzebne były piękne kłosy na długich, mocnych źdźbłach), sprowadzenie relikwii Krzyża świętego, misje jubileuszowe, jubileusze księży rodaków, niezwykłe uroczystości odpustowe, bo odpust był świętem, które mobilizowało i integrowało nie tylko społeczność parafii ale tych, którzy ze Szczurowej pochodzili i rozproszyli się po świecie. Ks. Prałat starał się, by był to także dzień jakiegoś jubileuszu kapłańskiego, a że księży pochodzących ze Szczurowej nie brakowało, to niemal co roku można było uhonorować któreś -lecie i gościć na uroczystości odpustowej nawet kilkunastu kapłanów. W ten sposób starszym ich przypominał, młodszym przedstawiał, ale tym swoim uszanowaniem wobec rodaków, zaproszeniem do koncelebry i głoszenia słowa Bożego budził, a właściwie utrwalał szacunek parafian wobec kapłana. W poniedziałek po odpuście wszyscy ks. rodacy, którzy nie wyjechali wcześniej, odprawiali mszę św. za spokój duszy zmarłych księży pochodzących ze Szczurowej i tych, którzy tu pracowali. Na wyjątkowy odpust parafialny, niepowtarzalny, ten z 1988 roku na 650-lecie erygowania parafii zaprosił nie tylko ks. arcybiskupa Ąblewicza i kilkudziesięciu księży, ale odszukał i gościł z niezwykłym szacunkiem krewnych dziedziców Kępińskich.
W kontaktach z parafianami zachowywał dystans, który budził respekt. Był bardzo powściągliwy w okazywaniu radości czy zadowolenia, właściwie zdradzały je wyraz jego twarzy i powtarzane, pamiętne „no, no!”. I wiadomo było, że jak ks. Prałat wyrzuca z siebie (liczę, że mi wybaczy) to swoje „no” to jest bardzo, bardzo zadowolony i należy to odbierać jako pochwałę. A na inną raczej nie czekać.
Był również niestrudzony w zakresie administracji. Prace przy kościele, które potrafię wyliczyć: wzmocnienie fundamentów pod wieżami kościoła, którym groziło zawalenie, odnowienie polichromii, odnowienie i złocenie ołtarzy - jakże bardzo był oburzony i rozżalony, że ktoś kto odnawiał boczny ołtarz Chrystusa ukrzyżowanego, po prostu uciął górną część ołtarza - wymiana posadzki, wymiana organów, montaż ogrzewania gazowego, odnowienie tynków, wymiana pokrycia dachu, wymiana ławek, przebudowa prezbiterium, zabezpieczenie okien przez dodanie drugiej szyby, wymiana ogrodzenia cmentarza, remont kaplicy cmentarnej i wreszcie budowa dwóch kościołów filialnych, bo łatwiej dotrzeć do kościoła jednemu księdzu niż całej wsi pokonywać kilkukilometrowe trasy, a przecież samochody były rzadkością. Czego nie pamiętam to pewnie Szczurowianie, zwłaszcza starsi, potrafią uzupełnić. A nie był to koniec jego zamierzeń. Pamiętam jedną z rozmów po zakończeniu budowy kościoła w Rajsku. Zapytałam:
- Gdzie ks. Prałat zamierza teraz budować następny kościół?
Najpierw odpowiedział:
- Ty się ze mnie nie śmiej!
A kiedy zapewniłam, ze to nie żart ani kpina, tylko po prostu nie uwierzę, że pozwoli sobie na bezczynność, po chwili zapytał:
- A ty gdzie byś postawiła?
- W Rylowej.
- Nie. Myślałem o Włoszynie, stamtąd mają trudniej, dalej, ale - to się jeszcze zobaczy.
Mieszkańcy Wołoszyna, wiedzieliście o tym? Czy jeszcze komuś mówił o takim zamyśle?
Oczywiście, że bez ofiarności mieszkańców i finansowej pomocy szczurowskiej Polonii nie dokonałby tych dzieł i stan kościoła, którym mieszkańcy mogą się szczycić jest dokonaniem całej społeczności parafialnej, ale przecież tę gotowość trzeba obudzić, utrzymać, zachęcić, pokazać, że warto, że są efekty. A wszystko co zmieniano, remontowano, miało być najlepsze, solidne, wieczne niemal. Szczególarz: kiedy grad zniszczył witraże, po całej Polsce szukał pracowni, która sprostałaby jego wymaganiom i odtworzy kolor szkła identyczny z tym, jaki kilkadziesiąt lat wcześniej uzyskano w pracowni wiedeńskiej. Jeśli dobrze pamiętam, dotarł do pracowni w Szczecinie.
Urlop ks. Prałata? Poza jego wyjazdem do Rzymu na beatyfikację Maksymiliana Kolbe nie pamiętam dłuższego niż 7-10 dni, bo pewnie nie przyszłoby mu do głowy zostawić parafię na dłużej bez swojego nadzoru. A parafianom pewnie wydawałoby się dziwne, że wyjechał z parafii na dłużej! Właściwie gdyby nie wakacyjne wyjazdy księży wikarych, to chyba nie wszyscy zdawaliby sobie sprawę, że ksiądz może pójść na urlop!
Z brewiarzem w ręku spacerował po sadzie lub wokół kościoła, a wtedy nie każdy śmiał przerwać jego modlitwę. Co dzień w konfesjonale, toteż w tym miejscu po jego śmierci stanął wielki bukiet kwiatów.
Oczywiście prowadził katechezę, nie mieliśmy podręczników ani tym bardziej Pisma św., bo i skąd, skoro nie można było ich drukować? Katechizmy pojawiły się dopiero w 1972 roku, kiedy ks. zakupił podręczniki, przedruk katechizmów „paryskich” i pożyczał je uczniom na rok, tak, by zwrócone mogły służyć następnym. I biada temu, kto nie potrafiłby ich uszanować! Podobnie z książeczkami do nabożeństwa. Pamiętam pewne zakończenie roku szkolnego i jego gromkie „No proszę sobie wyobrazić! Dwie książeczki do nabożeństwa w ciągu roku szkolnego zostały pozostawione w kościele! Dwie książeczki!”.
To nauczanie przysparzało mu - nam też - niemało kłopotów, bo sala w domu katechetycznym mała, trochę mroczna, okno za małe, a piec kaflowy wiecznie się buntował, kopcił, nie chciał rozgrzać mimo usilnych starań pani Pieprznik, która potem wysłuchiwała reprymendy za niesforny piec. I w tej małej salce na górze trzeba było zmieścić uczniów, którzy przychodzili karnie, w komplecie mimo, że starsze klasy musiały przyjść na siódmą rano, bo katechezy odbywały się przed lekcjami szkolnymi. No i jeszcze opanować nastolatków, wtłoczyć im do głowy zawiłości dogmatyczne, bywało iż ktoś usłyszał trochę uszczypliwe stwierdzenie, że „doktorem Kościoła nie zostanie”. Pewnie, że mieliśmy respekt dla księdza, ale przecież mieliśmy też po 14, 15 lat i wszystkie pomysły należne temu wiekowi. Co można robić mroźną zimą czekając na rozpoczęcie katechezy? Oczywiście, walczyć na śnieżki ile wlezie! Albo „robić orła” na śniegu! Ależ potem były „kazania” na temat śnieżnego bałaganu przed budynkiem. Skoro pierwszą lekcją w ciągu dnia była religia, to siłą rzeczy trzeba było wymienić wiadomości, pogadać na katechezie niekoniecznie o religii, w końcu ksiądz uznał, że musi coś z tym zrobić zanim całkiem nam się w głowach przewraca i że z naszą klasą nie da się inaczej, tylko musi podzielić nas na oddzielne grupy dziewczyn i chłopaków. W ten sposób skończyły się koedukacyjne lekcje w mojej klasie, ale pojawił nowy problem, bo grupa, która miała lekcje wcześniej uprzedzała tę drugą jak należy odpowiadać. Cóż, jakoś musieliśmy sobie radzić z jego wymaganiami.
Cenił sobie kontakt z dziećmi, bo jak mawiał, przez dzieci ma kontakt z ich rodzicami, może znać problemy i potrzeby parafii. A potrafił rozpoznać niemal każde dziecko, w rysach twarzy dziecka szukał podobieństwa do dorosłych i odgadywał kim są rodzice. Dawało mu to satysfakcję i chyba trochę bawiło.
Długo, bardzo długo mogłabym pisać o ks. Prałacie, bo był nieprzeciętnym człowiekiem i kapłanem i na życiu parafian zostawił ślad, zwłaszcza tych, których katechizował. Na moim też. I za to jestem mu wdzięczna. Myślę, że nie tylko ja.

Lucyna Kobełecka










Kontakt z administratorem                                                                                         Panel administracyjny
Szczurowa, wrzesień 2010